Sposób Anny na Narzczeczeństwo

Dziś goszczę i siebie Annę i od razu na wstępie zapraszam na jej przemądrego bloga Okiem Sary. Ania podzieliła się z nami historią swojego narzeczeństwa, jak każda jest wyjątkowa, zresztą zobaczcie sami 🙂

W moim przekonaniu zostałam narzeczoną w dniu pierwszej „randki”, czyli wielu godzin przegadanych o naszych życiowych priorytetach, wizji rodziny itd. Bo czyż nie takie rozmowy właśnie mają stanowić przygotowanie do małżeństwa?

Narzeczoną zostałam dokładnie 13 miesięcy później. Żoną natomiast po kolejnych 6 miesiącach. Jak widać z tej kalkulacji – tego prawdziwego, właściwego narzeczeństwa było niewiele. Dodatkowym, dużym utrudnieniem była dzieląca nas odległość – niemalże 500 km i rozpoczynanie nowych etapów: ja szukałam pracy, a następnie wdrażałam się w branżę zupełnie mi nieznaną, a narzeczony rozkręcał nowo otwartą firmę i wyprowadził się z domu rodzinnego.

Nie mieliśmy przez to czasu na dni skupienia dla zakochanych, rekolekcje dla narzeczonych, czy nawet standardowy kurs przedmałżeński. Pojechaliśmy do miasta, które słynie z czterogodzinnego spotkania zakończonego wystawieniem przysłowiowego „papierka”. Czy żałuję? Bardzo. Wiem, że takie wyciszenie jest potrzebne i umacnia w tym czasie burz. A burzyć się przecież jest o co – o ilość gości, o wybranie miasta do zamieszkania po ślubie, o brak czasu tej drugiej osoby lub po prostu łatwo o nieporozumienie w kontakcie telefonicznym.

Odległość to był nasz „casus urgens” – przypadek naglący. Datę ustaliliśmy we wrześniu . Ślubowaliśmy w grudniu.

Na szczęście jeszcze przed zaręczynami zrobiłam tour de salony sukien, by odkryć, że nie mają w asortymencie niczego skromnego, lekkiego i interesującego moją osobę. Na szczęście jeszcze przed zaręczynami miałam pozakładane tablice na Pinterest w razie, gdybym miała spełnić marzenie o zimowym ślubie lub po prostu stylu rustykalnym, który mnie fascynował zanim poznałam swojego Wybranka.

Na szczęście Wybranek także gustował w leśnych dodatkach, prostocie juty i koronek. Na szczęście w pracy miałam miesiąc adaptacyjny, dzięki któremu mogłam przeszperać Allegro w celu zamówienia potrzebnych przydasiów.

Na szczęście moja siostra okazała się świetną organizatorką,założyła zeszyt na pomysły ślubne i dociągnęła wszystkie moje niedociągnięcia lub odpuszczenia.

Marzyłam o przygotowaniu do ślubu z dobrą książką o małżeństwie w ręku, siedzeniem w gronie koleżanek i klejeniem dekoracji, powolnym rozkoszowaniem się zbliżającym się Tym dniem. Było ekspresowo i chaotycznie. Może to nawet lepiej?

Przy naszych charakterach, ciągnący się czas mógłby spowodować więcej frustracji załatwianiem spraw na odległość, kurczącym się budżetem, czy ustaleniami przez telefon. Dotarliśmy się w przeciągu tego pół roku i utwierdziliśmy w przekonaniu, że umiemy pokonywać trudności razem i kochać się „mimo”.

Może tak właśnie było to zapisane w Bożych planach? Żeby nie rozwodzić się nad pieniędzmi, logistyką i pierdółkami dekoracyjnymi?

Weszliśmy w małżeństwo z dużą dozą optymizmu, chęciami, by wszystkim naokoło
udowodnić, że wcale nie „przekonamy się po ślubie jak to jest” i otwartością, by się tego małżeństwa uczyć, a nie żyć w świecie swoich ideałów i swoich złotych klatkach.

Myślę, że to właśnie ta otwartość jest najważniejsza i w narzeczeństwie (dla tych, którzy mają więcej czasu na przygotowanie się) i w momencie wstępowania w Święty Związek Małżeński.

 

Oto kolejny przykład że da się zorganizować wszystko w krótkim czasie 🙂 Tym bardziej podziw za tą odległość. Dziękuję Ani za podzielenie się swoją historią, i uwagę o otwartości, która jest mi teraz szczególnie potrzebna.

Jeżeli jest tu ktoś, kto chciałby opowiedzieć historię swojego narzeczeństwa i podzielić się wskazówkami to zapraszam do kontaktu: jestklarownie@gmail.com

Reklamy

3 thoughts on “Sposób Anny na Narzczeczeństwo

    1. Zaglądam 🙂 Wszystko w moim życiu układa się jak puzzle. Opatrznościowego splotu wydarzeń, który nas doprowadził do siebie, należy szukać na kilka lat przed poznaniem. Samo zapoznanie nastąpiło na zakończeniu peregrynacji relikwii Św. Jana Bosko w Oświęcimiu. Ja przyjechałam jako wolontariusz zaproszona przez koordynatorkę, którą kiedyś poznałam w Monachium (mówiłam, że niezłe puzzle?), mój małżonek był wolontariuszem miejscowym. Został poprszony przez ową koordynatorkę o wskazanie mi drogi do Oratorium. Teraz wskazuje mi inną drogą, ale nadal kroczy ze mną 🙂

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s